Będę zanosić, podnosić i dziękczynienia pewnej NatLi składać też. Otóż mija rok czasu jak zaczęłam używać oleju. A to dlatego, że w 3 dni przed Bożym Narodzeniem 2012 obsypało mnię najpierw a później gębala mi tak spuchła, że jak nie przymierzając malina w szczycie sezonu wyglądałam. Nie wiadomo od czego, ale przypuszczalnie od czegoś co było w kosmetykach pielęgnacyjnych, jakich do twarzy używałam. Kuracja lekami antyhistaminowymi w ogromnych ilościach pomogła. Tylko pytanie było czego używać, żeby znów maliną się nie stać. I wtedy NatLi podsunęła mi olejek arganowy. Zakupiłam buteleczkę na próbę w sklepie marokańskim. 100% oleju, bez dodatków. Oryginalny.
Szanowni Państwo od roku używam olejku, smaruję twarz rano i wieczorem po myciu na mokro. Poza twarzą i szyja i inne części ciała i dupsko Filona też wysmarowane nie raz było. Nie chcę przechwalić. Ale jeszcze mi się nic tak cudnego z kosmetyków nie przydarzyło. Ku zaskoczeniu i uprzedzając zdziwienie, po olejku twarz się nie błyszczy!!! A dotychczas inwestowałam w drogie kremy matujące. Tadam a tu taki szoking. W ogóle cera ładniejsza, skóra mięciutka. Bez problemu można robić make up.
Nie kupuję olejku w drogeriach. Zamawiam przez internet. Jest bardzo wydajny. A ponieważ jestem z niego bardzo zadowolona postanowiłam ten hymn o nim napisać. A i jeszcze trzeba oddać, że robi też dobrze na siano na głowie if you know what I mean.
Zatem olejek arganowy mili państwo.