Droga Gosiu gdzie popełniliśmy błąd, się pytam?
Pytam się na serio. Może jakaś superniania pomoże? Psycholog? Terapeuta? Bo co jak co, ale nawyki kształtowaliśmy od początku. Dużo warzyw, owoce. Wszystko home made. Ci co nas znają i u nas bywają wiedzą, że nie uświadczą czipsów itp. Na przekąski w domu rodzynki, orzechy. Oraz że nie stołujemy się w fastfudach. Sama gotuję, piekę. A owszem i ciasto domowe jest. Ale wszystko jak najzdrowsze, jak najbardziej naturalne. I dużo kaszy w jadłospisie. Zarówno jaglanej (umiem zrobić ser z jaglanej i sernik!) i gryczanej. Chleb najlepiej żytni. Warzywa na parze, mięso ryby duszone, gotowane. Do tego od samego począteczku posiłki staramy się zawsze razem jadać, aby dobry przykład dawać. Lubimy tak. No mogłabym tak długo nas chwalić. Do tego dodam że jedna babcia jest orędowniczką zieleniny (i chce z nas króliki zrobić), druga specjalizuje się w kuchni lekkostrawnej i bezcukrowej i bezsolnej.
No i do rzeczy panie. Otóż dziecko nie je. Znaczy się je, żeby nie było karmimy juniora. Problem w tym, że junior odmawia współpracy w zakresie żywienia i spożywania przygotowanych pokarmów.

Wszystko jest z założenia niedobre. Mięsko które mogło zastępować wszystko jest niejadalne, ryba to zło konieczne. O warzywach i owocach nie wspominam, bo serce me krwawi niczym sok z buraków, które nomen omen są jednym z nielicznych warzyw, które dziecko raczy spożywać. Do tego zacnego grona dodam szpinak, biały serek, jogurt naturalny i banan.
Prawda, że bardzo urozmaicony jadłospis. A no oczywiście pomidorówka i makaron z sosem pomidorowym(ale pomidory już blee).

Tyle kurna pierdzielą wszędzie o zdrowych nawykach, o urozmaicaniu diety, o dawaniu dobrego przykładu. Pocałujcie misia w pupę!!!! I niech wam pokrzywa wyrośnie na nosie!!!! A co jak nakładam klątwy, to porządnie i na wszystkich.
Powyższym obalam kolejną teorię wychowawczą. Dziecko jak wół, jak się zaprze to nie ma opcji. Bo jak inaczej to wytłumaczyć? Ja bardzo chętnie poszukam miejsca w którym błąd popełniliśmy. Tylko jak tak na chłodno kalkuluję, to kurna nie widzę.
Mało tego, junior chętnie ze mną gotuje (na razie jest ekspertem od jajecznicy i ucierania ziół w moździerzu) i widzi jak wiele rzeczy ja próbuję, smakuję, daję mu do powąchania zioła, pokazuję warzywa. Chętnie pomaga w kuchni, ale jeść a nawet próbować odmawia.

Odmawia do tego stopnia, że ostatnio jak popełniłam, mówiąc nieskromnie, obłędne muffiny z borówkami, to po mojej uwadze że mi przykro jak wydłubuje borówki ze środka, oddał muffinę i w ogóle nie chciał już babeczek.
No i jest jakaś mądra głowa, która mi to wytłumaczy?
Ja nadal naiwnie wierzę w bajkę o łodzi i że mu przejdzie (kiedy kurna??), że znów będzie zajadał się kiszonymi ogórkami i warzywami na parze. Że fasolka będzie smaczna i szyneczka na kanapce da się zjeść. Duszona ryba i pieczony indyk znów będą pycha. I nie będzie wydłubywał rodzynek z sernika!!!